A jaki jest Twój Plan B?

0 Comment
Mirek i Kotlet

Trzy ostatnie weekendy, to trzy razy polskie kino. „Gotowi na wszystko. Exterminator”, potem „Atak paniki”, a w końcu dzień po premierze „Plan B”. I trzy trafienia – ani razu nie wyszłam z kina z poczuciem, że lepiej było zamiast na bilet wydać kasę na kubek w Muminki. Albo polskie kino ma się całkiem nieźle, albo zaczęłam lepiej wybierać repertuar.

W „Planie B” kupuję wszystko. Aktorów, historie, wnętrza, muzykę. Nie kupuję reklamy. Promowanie filmu pod hasłem: „Prawdziwa miłość przychodzi, gdy się jej nie spodziewasz” czy „film na Walentynki” może odstraszyć od kinowych sal widzów, którzy nie lubią romantycznego bełkotu. A tu romantyzmu mało, bełkotania też. Do tego statystycznie rzecz ujmując miłość w tym filmie częściej odchodzi niż przychodzi.

„Nigdy nie ma dobrego momentu, ale lepszego nie będzie…”
A więc mamy kilka głównych historii.
Małżeństwo Natalii i Pawła (w roli Natalii zjawiskowa Kinga Preis, w siwych włosach i szarościach, która sprawia, że przestajesz się bać upływu czasu i chcesz być dorosła nawet teraz już dziś), które żyje spokojnie, wspólnie robi zakupy, piecze makowca i przygotowuje się na pożegnanie z córką, która za parę dni wyjedzie na studia do Stanów Zjednoczonych.
Wykładowczynię graną przez Edytę Olszówkę i jej ukochanego granego przez Krzysztofa Stelmaszyka, których łączy wspólna działalność naukowa i szalona namiętność w uczelnianym gabinecie.
Młodą, gniewną pracownicę agencji reklamowej Janulę, graną przez Małgorzatę Gorol, która właściwie nie jest jedynie pojedynczą historią, ale głosem całego pokolenia z Mordoru.
Mamy Klarę, graną przez Romę Gąsiorowską, która maluje aniołom serca i  bardzo przejmuje się ojcem, który został sam po śmierci mamy. Ten wątek trochę przypomina historię Sarah i jej niepełnosprawnego brata, z „Love Actually”, na szczęście podobieństw do innych komedii romantycznych nie ma w filmie zbyt wiele.
Mamy też Marcina Dorocińskiego i psa Kotleta, którzy kradną serca widzów, a ich wątek jest zdecydowanie najbardziej wzruszający i najzabawniejszy.

Mamy też historie drugoplanowe. Małżeństwo Kasi i Piotra, którzy mają dwoje dzieci, dwa psy, parę kotów i zwykłe ludzkie problemy – że ona chciałaby wyjść czasem z domu, ale nie ma z kim zostawić dzieci. I mamy rewelacyjną postać Barbary, graną przed Dorotę Kolak i ja już wiem, że chcę być jak Barbara, gdy będę duża. I chcę by świat był pełen takich Barbar.
Miło też było zobaczyć na ekranie Marcina Czarnika, co prawda tylko w epizodycznej roli, ale po jego wystąpieniu dwa lata temu w koncercie galowym Przeglądu Piosenki Aktorskiej jestem ogromną fanką. Występ Marcina z PPA zjawiskowe wykonanie piosenki „Do prostego człowieka” możecie zobaczyć tutaj. Polecam i zachęcam do wsłuchania się w tekst. Celny i na czasie? Jeśli tak, Tuwim był prorokiem, bo opublikował ten wiersz prawie sto lat temu, w 1929 roku.

Swoją drogą spora część obsady to aktorzy wrocławskich teatrów: Kinga Preis, Adam Cywka czy Małgosia Gorol i tak się zastanawiam, czy taki film mógłby powstać we Wrocławiu? Czy zawsze kontrast między szalonym tempem życia i osobistą samotnością można pokazać tylko na przykładzie stolicy? Czy własnie tam ludzie czują się najbardziej samotni wśród ludzi?

„Lekcji dzisiaj nie będzie, wyjechaliśmy z mężem na Riwierę Francuską”
Bohaterów spotykamy kilka dni przed Walentynkami i właściwie… nie ma to żadnego znaczenia. Te historie mogłyby się wydarzyć w każdym innym momencie.
Poznajemy ich krótką chwilę przed tym, jak w ich życiu zdarzy się duża zmiana. Coś się skończy, coś zacznie. Kogoś poznają, kogoś stracą. Ich życie runie, rozpadnie się na kawałki. Będą krzyczeć, wybijać okna, kupować mocniejszy sznurek, jechać w deszczu nocą na drugi koniec Polski.

To nie jest film o tym, że życie jest łatwe, a miłość zawsze kończy się happy endem.
To film o tym, że w czasach gdy możemy do minimum ograniczyć kontakt z drugim człowiekiem (catering serwowany pod drzwi co rano, praca zdalna, bezobsługowe myjnie, paczkomaty, bilety kupowane przez internet, sklepy z samoobsługowymi kasami) wciąż tego kontaktu bardzo potrzebujemy. I nawet ten człowiek, przypadkowo poznany, jeszcze wczoraj obcy, dziś może nas ocalić. I ocalając nas, uratować też siebie. Jesteśmy systemem naczyń połączonych. Nasze losy splatają się w sposób nieprzewidziany, a bycie przyzwoitym wciąż ma sens.

To film o relacjach. O ludziach, którzy nie mają nic do stracenia i może ten moment właśnie jest w życiu przełomowy, bo nagle kiedy nie można nam już nic odebrać, odkrywamy się i odkrywamy innych. To film, który niesie nadzieję i rozgrzewa od środka jak kubek herbaty po spacerze w mroźny dzień.

„Plan B” podoba mi się też realizacyjnie. Wreszcie młodzi bohaterowie przestali mieszkać w 300 metrowych apartamentach na 30 piętrze z widokiem na stolicę z kuchnią wielkości M2 wyposażoną w sześciopalnikową kuchenkę na której gotowali risotto z sarniną o 14:00 zaraz po powrocie z pracy w korpo. Zaglądamy do ich małych mieszkań w warszawskich kamienicach, które są w kontrze, do pokazywanej w migawkach rozświetlonej przeszklonej, strzelistej, biurowej Warszawy.
Ja wiem, że kamienice to nowe apartamenty, a ciemne ściany, szaro-zielone zasłony i regały zastawione starannie niedbale rozrzuconymi bibelotami to najnowszy katalog IKEA, ale kupuję to. Miłe dla oka wytchnienie po modzie na skandynawię połączoną z glamour. Podoba mi się też liczna obecność we wnętrzach zwierzaków. Kotów, psów wskakujących na sofy, biegających po dywanach czy żebrających o naleśnika. Tak właśnie wyglądają domy.

„Jeszcze w zielone gramy”
Wreszcie mogę się zacząć identyfikować z bohaterami filmów, bo dotąd zawsze czułam, że coś jest z naszym domem nie tak, gdy gości witał długo i namolnie pies Wojtek, a kot w tym czasie próbował ukraść coś ze stołu, albo wejść do pozostawionej na przedpokoju cudzej torebki. Czułam przepaść patrząc na stylowo podane w filmach wymyślne dania, gdy sama serwowałam gościom 3 raz tę samą sałatkę. Gdy czasem w złości ciskałam talerzem o ścianę albo pies uciekał mi w parku.
Wreszcie patrząc na polskie film o rówieśnikach mogę powiedzieć: „o miałam to samo”.
Tacy właśnie jesteśmy. To o nas w finałowej scenie śpiewa Daria Zawiałow starą piosenkę Wojciecha Młynarskiego:

„(…) jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany.
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną.
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali.
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie.. „

 

„Plan B” nie kończy się, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Zostawiamy bohaterów zaledwie na początku drogi do zmian. I jasne jest, że będzie to droga pełna wybojów, trudnych decyzji, poranków gdy trudno będzie wstać z łóżka i wieczorów, które przyniosą myśl, że może skończyć to wszystko.

Coraz częściej polskie filmy przestają nam wmawiać, że jak raz odbijemy się od dna, to tylko po to by szybować prostym kursem w górę i w górę.
Bo to nie prawda.
Prawdą jest, że gdy nasze życie zaczyna pikować w dół, potrzebujemy momentu, gdy na chwilę się zatrzymamy, gdy ktoś nas złapie za rękę, zaproponuje nam świerszcza na śniadanie, albo podzieli się kiełbasą z musztardą. Tego by ktoś pobiegł za nami kiedyś w parku i powiedział: „przyjdź jutro”.
Często to wcale nie będzie moment, który odczaruje nasz los i pojawi się książę z pasującym pantofelkiem, trafimy szóstkę w totka albo bank, w którym mamy hipoteczny we franku w nocy dopadną hakerzy i wyzerują nam saldo. Ale może być to moment, gdy wyhamujemy i zaprzemy się obcasami i nie wpadniemy w przepaść.

Chwila, która da nam wytchnienie, by znowu stanąć na nogach i walczyć. I znowu, po raz kolejny znaleźć swój plan B, C albo D. I by się podnieść. Do kolejnego upadku.

Przeczytaj więcej

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup