Ile można przytyć od jednego ciastka?

895 Views 2 komentarze

Są dwie szkoły odchudzania. Jedni robią to publicznie, w Endomondo ryjąc ścieżki własnych sukcesów i porażek albo na Instagramie wzbudzają u innych wyrzuty sumienia reportażem jak to o 5:00 rano przebiegli 37 kilometrów i zakończyli poranny trening kąpielą w pobliskiej rzece.

Inni robią to po cichu, w ciszy swoich domów, malutkich siłowni na obrzeżach miasta i nieuczęszczanych ścieżek w parku, a pewnego dnia wyskakują z szafy w sukience 4 rozmiary mniejszej i wtedy wszystkie przyjaciółki z zazdrości zjadają blachę sernika, popijają 4 puszkami coli i zachodzą w głowę: „jak ona mogła mi to zrobić!”

Ja stoję gdzieś po środku. Czasem ekshibicjonistycznie wrzucam zapis treningu na Facebooka, a czasami publikuję na Instagramie zdjęcie szarlotki z bitą śmietaną, gdy tymczasem szarlotkę widziałam jedynie z daleka, kiedy jadł ją mój instruktor patrząc jak ja próbuję nie zejść na zawał robiąc 56 przysiad.

Moje wychodzenie z wagi ciężkiej to suma wielu doświadczeń. Własnych, specjalistów, z którymi na ten cel pracuję, przyjaciół i ludzi, którzy mnie inspirują, „wujków dobra rada”, którzy mnie pouczają i internetów, które jak wiadomo wiedzą wszystko.

Do przemyśleń ile można przytyć od jednego ciastka, skłonił mnie wpis Arvinda, który niejako sama sprowokowałam 🙂

Ale od początku. Od kiedy moją wagę oddałam w ręce dietetyczki – czwartki są dniem sądu niemal ostatecznego. Bo wtedy następuje ważenie. Trzeba przyjść, zdjąć skarpetki i stanąć na wadze, która nie tylko zdradzi jak nam szło przez cały tydzień z przestrzeganiem jadłospisu, ale też obnaży każdy mały i duży grzeszek. Zjedzone nadprogramowe chipsy pokaże jako wzrost procentowej zawartości tłuszczu w organizmie więc nie ma nawet co podejmować bajki, że „są upały, może organizm zatrzymuje wodę”.
Może i zatrzymuje, ale tłuszcz też zatrzymał na dłużej.
No więc jak trzeba się z wagi spowiadać, to najlepiej ją redukować. Czyli domowa poranna kontrola wagi powinna pokazywać tendencję malejącą.

Ale wyobraźmy sobie sytuację. Śniadanie poszło nam zgodnie z dietą. Drugie też. Obiad – a jakże, dokładnie jak należy. Jesteśmy po prostu w tej diecie najlepsi. Łatwizna.
Aż tu przychodzi godzina 16:00 i wyczuwalny spadek energii i euforii. Niby zgodnie z dietą można jogurt. Ale… przecież jogurt był rano i wczoraj, i przedwczoraj… Do jogurtu można trochę malin. A skoro można i jogurt i maliny to prawie jak… nowe Kinder Pingui Malina! Więc może dziś wyjątkowo to zastąpić? Przecież to niemal to samo. No to 4 szybkie kęsy i zjedzone. Mniam! Ależ to było dobre! Jutro to odpracuję, będę na siłowni trzydzieści minut dłużej.

Następnego dnia chwila grozy przed wejściem na wagę, bo jednak w głowie wciąż kac po zjedzonym batonie. Ale, ale… waga jednak trochę spadła. Zatem jednak jeden baton nie szkodzi! Można jeść batona od czasu do czasu i chudnąć. Dobra wiadomość. Teraz pora na dietetyczne śniadanie. I drugie śniadanie. I obiad. Wszyscy w biurze jedzą pizzę. Nagle łysy brokuł z kurczakiem i pomidorem staje w gardle. Ktoś podsuwa kawałek pepperoni. Tylko jeden! Przecież było zdrowe śniadanie i obiad. I będzie sałatka na kolację. Bez przesady, to tylko jeden kawałek.

Następnego dnia rano znowu krótka modlitwa przed wejściem na wagę, ale… znowu minimalnie zeszło. Czyli pizza też jest okej. Można jeść wszystko co się chce i lubi i chudnąć. To dobrze, bo wieczorem kolega ma urodziny. Będzie jedna lampka wina. Albo małe piwo. Garści paluszków nie ma co liczyć, a orzeszki to jak warzywo…

Następnego dnia pewnym krokiem na wagę… i zaskoczenie. Na plusie kilogram. Że niby z tej lampki wina? Jak?! Przecież czerwone jest niemal dietetyczne?!

Niestety, nasze ciało i jedzenie na Facebooku miałoby status „to skomplikowane”. Bo nie jest tak, że jak dzisiaj włożymy, to jutro zobaczymy. W ciele w procesie żywienia, trawienia, przyswajania, odkładania, zachodzą różne łańcuchy reakcji i współzależności. Więc nie ma co samodzielnie wprowadzać zmian w jadłospisie od dietetyka i sprawdzać czy każdy kawałek zapiekanki tuczy.

Nie będzie to pocieszające, ale jeśli jeśli zdecydujemy się już oddać nasz talerz w ręce specjalisty, to lepiej jeść jogurt, gdy on powie jogurt i maliny gdy powie – maliny. Oczywiście dobry dietetyk uwzględni nasze ulubione smaki i przyzwyczajenia, od czasu do czasu wciśnie do menu coś co da nam poczucie, że nie zrezygnowaliśmy ze wszystkiego co w kuchni kochamy, ale raczej nie będzie to pizza z podwójnym serem na kolację.

Jest jednak szansa, że wtedy nasza waga będzie malała naprawdę, będziemy tracić tkankę tłuszczową a nie tylko wodę i mięśnie – oby na zawsze.

  • ” bo jednak w głowie wciąż kac po zjedzonym batonie.”

    Ciekawostka. Stres jest reakcją obronną organizmu. Ma Cię postawić na nogi, wzmocnić zmysły i ustawić bojowo. Wiesz co się zrobi jednak, kiedy człowiek szykuje się na wojnę? Zbiera się zapasy.

    Organizm postawiony pod strachem zaczyna dodatkowo gromadzić wszystko. W tym tłuszcz. Stąd mówi się, że stres tuczy 🙂 Ale to tylko takie mocne uproszczenie. Chcę Ci zasugerować, zebyś nie patrzyła nigdy na to w ten sposób.

    Powiem jeszcze inaczej. W negocjachach przyjmuje się strategię, żę jest się FAIR wobec drugiej strony. ALE. W momencie w którym druga strona robi coś pod stołem, za plecami i wbrew wspólnemu interesowi trzeba jej ODDAĆ by dać do zrozumienia, że nie będzie się tolerowało i akceptowało takich zachowań a potem powrócić do „pokoju”. Taki wiesz, stanowczy znak, że tak nie wolno. To taka teoria Wiliama Urego.

    Co za tym idzie – jeśli prowadzisz dietę to o ile jesteś z nią zgodna to wstawienie czegoś „dodatkowego” nie powinno Cię zaboleć i nie powinnaś się tym przejmować POD WARUNKIEM, że czym prędzej wrócisz do planu.

    Życie jest za krótkie, żeby się przejmować lekką odskocznią raz na jakis czas. Byle trzymać jakichś zasad i konsekwencji.

  • Tak, właśnie o ten plan mi chodzi.
    Jeśli świadomie podejmujemy decyzję o diecie, to po prostu… Róbmy to;) Najlepiej bez głupich zboczeń z kursu i wymówek 😉

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup