Jak skazać dziecko na sukces?

0 Comment

Jesteśmy pokoleniem przerażonych rodziców. Chcemy zapewnić dzieciom bezpieczną przyszłość. Ale nie wiemy jaki jest na nią wzór. Kiedy my byliśmy młodzi, sprawa była prosta. Matura, studia, język obcy. Kto się uczył, dostawał przyzwoitą pracę, a wraz z nią gwarancję w miarę spokojnego bytu. Dziś trudno powiedzieć, co to jest bezpieczna przyszłość. I którędy wiedzie do niej droga. Dlatego wysyłamy nasze nastolatki na dodatkowe języki obce (dziś angielski to nie jest język obcy, tylko drugi własny, a coraz większą popularnością cieszy się język chiński), na zajęcia sportowe, na kółka dla przyszłych olimpijczyków – nawet jeśli oznaczają dodatkowe trzy godziny chemii o godzinie ósmej rano w sobotę.

Ucz się, albo albo będziesz kopać rowy
Kiedy dwadzieścia pięć lat temu kończyłam podstawówkę, każdy mniej więcej wiedział co chce robić. Świat składał się z zawodów, które znaliśmy. Lekarzy, urzędników, nauczycieli, mechaników samochodowych, dziennikarzy, fryzjerek i ekspedientek. W większości z nich ścieżka kariery była dobrze znana. Podział był jasny – tu trzeba skończyć studia, tu wystarczy zawodówka. Oczywiście, zawsze były jakieś wyjątki – a to ekspedientka zostawała księgową, a lekarz zaczynał prowadzić hurtownię albo kręgielnię. Powstawały też nowe miejsca pracy np. po wprowadzeniu II i III filaru emerytalnego pojawili się doradcy, którzy przekonywali, że więcej pieniędzy przyniesie „Złota Jesień” choć „Bogdan mówi bankowy”. Ale mimo wszystko wszyscy wiedzieliśmy co robić. Czego się uczyć, na jaki kierunek postawić, by pracować w wybranej branży. Mamusie jak mantrę powtarzały: „Ucz się dziecko albo będzisz kopać rowy”. Te rowy, fundamenty, te place budowy to był dla nas synonim zmarnowanego życia. Nikt jeszcze nie podejrzewał, że do dobrego fachowca w budowlance będzie trzeba stać w kolejce i brać nadgodziny, by opłacić jego dniówkę. Bo może wtedy nie pchalibyśmy się masowo na ekonomię.

Ostatnie dwudziestolecie to okres ogromnych zmian. Pojawiło się wiele nowych zawodów. Nowe technologie rozwijają się niezwykle dynamicznie, tworząc zapotrzebowanie na nieistniejące jeszcze wczoraj specjalizacje. Rozwija się rynek usług – studenci zarabiają stawiając własne foodtrucki, tworząc aplikacje mobilne albo robiąc zdjęcia z drona. Zmienia się nasz sposób realizacji potrzeb – kiedyś zbieraliśmy na własne auto, dziś korzystamy z aut wypożyczanych na minuty. Kiedyś przy przeprowadzce ciągnęliśmy za sobą kartony książek – dziś nosimy w kieszeni na czytniku całą bibliotekę. Nasi rodzice w jednej pracy spędzali całe życie. Dziś pracownik z jednym wpisem w CV wygląda podejrzanie. No chyba, że ma tam wpisane Właściciel Owner.
Lekarze strajkują z powodu niskich wynagrodzeń, gdy w tym samym czasie media ujawniają, że znana instagramerka zarobiła dziesięć tysięcy na zdjęciu w sukience znanej marki. Żyjemy w świecie nieograniczonych możliwości. W świecie, w którym każdy może wynaleźć nowego Ubera. A jednocześnie klasę średnią od bankructwa dzielą tylko dwie raty niezapłaconego kredytu.
Jak znaleźć w nim wzór na szczęście?

Za mało czasu na domowe obowiązki
A przecież tego właśnie dla naszych dzieci pragniemy. Jeśli już nie dla siebie, to dla naszych Piotrków i Zoś. By były szczęśliwe. By było im w życiu dobrze. By miały gdzie mieszkać, co jeść, by stać je było na więcej i by było im łatwiej niż nam. I zupełnie nie wiemy, jak to zrobić. Czy w wieku 10 lat pozwolić im założyć konto na YT i zarabiać jako twórca? Czy wysłać do najlepszej szkoły, choćby i 100 kilometrów od domu i z internatem, byle by każdego dnia były zajęcia rozszerzone, a język koniecznie z nativem? A może jedno i drugie? Przy czym pierwsze tylko wtedy, gdy w drugim średnia nie zejdzie poniżej cztery i pół.
Wciskamy w dzieci suplementy, które mają zapewnić lepszą stymulację mózgu, w dni wolne od nauki (jeśli takie występują) zabieramy je do teatrów i na wystawy, pompujemy ich wiedze wielokierunkowo i wielokanałowo, często kosztem domowych obowiązków: „Ty się ucz, a tata wyniesie śmieci, mama zrobi kanapki, wyprasuje koszulę”. Trwamy w przyczajeniu i napięciu, czy za dziesięć lat, okaże się, że nasze wybory były słuszne, a poniesiony przez dziecko i przez nas trud się opłacił. A nasze poświęcenie, te wszystkie godziny w aucie, w drodze z karate na taniec nowoczesny – nie poszły na marne.

Krajobraz po reformie
Robiona na hurra reforma edukacji nie ułatwia nam, rodzicom życia. W 2019 roku o miejsca w liceach będzie walczyć zarówno ostatni rocznik gimnazjum i ten, który jako pierwszy kończy ośmioklasową podstawówkę. Jakie będą warunki rekrutacji? Tego jeszcze na 100% dziś nikt nie wie. Wiadomo za to, że nie będzie łatwo. Więc na wszelki wypadek ucz się dziecko czego się da, łap wolontariaty, olimpiady, wymiany językowe, warsztaty. Zapisz się na piłkę i na siatkówkę, a w międzyczasie może na klarnet. I pomyśl jakim byłbyś zwierzęciem, gdybyś był zwierzęciem, bo kto wie, kiedy rekrutacja do szkół zacznie przypominać tę do korporecji, a o najlepszych absolwentów będą się bili zawodowi rekruterzy.
Brzmi jak żart?
We Wrocławiu szkoły z najwyższych miejsc w rankingu Perspektyw (jeśli jesteś rodzicem dziecka, które będzie wybierało szkołę ponadpodstawową/ponadgimnazjalną i nie wiesz, czym jest ten ranking – albo jesteś szczęśliwym człowiekiem, albo przeciwnie – nie ogarniasz) piszą listy do laureatów konkursów i olimpiad listy zachęcające do wstąpienia w ich progi. O najlepszych szkołach w mieście – jeszcze napiszę. Bo jest o czym. Złote odznaki mają swoją cenę. Płacą ją najczęściej uczniowie. W pocie i łzach. Czasem w depresji.

Przepraszam, kto ze mną wysiada?
Wracając do pytania postawionego w tytule. Nie znam tego cholernego sposobu, by zapewnić dziecku najlepszy start w dorosłe życie. Podobno jest nas więcej. Rodziców, którzy nie wiedzą. I którzy się boją. Nie łatwo nas spotkać. Dobrze kryjemy swoje lęki. Nie rozmawiamy. Bo jak zacząć? Jak powiedzieć, że odpuszczam?

Że jak nie chcesz młody w te olimpiady, konkursy i czerwone paski to wcale nie musisz. Jak wolisz szkołę techniczną i naukę zawodu zanim pozłoconego w rankingu liceum – to droga wolna. Szanuję i wspieram. Że czasem możesz przespać budzik, jeśli wczoraj sprawdzian z matmy przeżuł Ci mózg. Że nie zawsze musisz zakuwać na piątkę, jeśli koledzy z podwórka właśnie idą na pizzę. Że głupie filmy też są dla ludzi. A Twój dziadek mawiał, że uczeń bez jedynki, jest jak zołnierz bez karabinu.

Że możesz znaleźć własny pomysł na życie, a ja postaram się nie projektować na Ciebie wszystkich moich marzeń i planów. Że nie wystawię Ci nigdy rachunku za te moje wszystkie dni, gdy czekałam pod kolejnymi salami, aż skończysz kolejne zajęcia dodatkowe. Że przestanę wiedzieć co jest dla Ciebi najlepsze. I nie będę rozkładać nad Tobą tego cholernego parasola – po prostu pozwolę Ci zmoknąć, choć umiem przewidywać pogodę.

Jak każda matka.

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup