Ładnie nazwane czyli wrocławski dobry naming

2 komentarze
naming

Jestem słowoczuła. Gdy inni wysyłają śmieszne koty, ja wysyłam znajomym ładne wyrazy. Uwielbiam ciekawe nazwy biznesów, a mówiąc marketingowym slangiem – dobry naming. A we Wrocławiu wiele miejsc nazwanych jest w punkt. Dziś przeczytałam, że otwiera się nowa knajpa HulThai. Boziuuu jakie to jest ładne! Czujecie to – taka niesforna kuchnia tajska. Taki HulThai. Dla samej nazwy pójdę tam na pewno! Oby smakowało tak dobrze, jak się nazywa.

Przygotowałam dla Was krótki przegląd ciekawie nazwanych wrocławskich firm. To będzie część pierwsza, ale pewnie nie ostatnia, bo ciągle odkrywam jakieś nowe. Zresztą, nie tylko w naszym mieście – więc zabiorę Was na niejedną wyprawę po ładną nazwę.

Zacznijmy od Mama Manusch. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tą nazwę zapisaną na szyldzie, pomyślałam, że dziwadło. Dopiero gdy ją przeczytałam na głos – zobaczyłam, że jest genialna! Z jednej strony brzmi jak imię i nazwisko włoskiej kucharki, z drugiej mama-ma-nóż. Czyli coś kompletnie domowego i pysznego! I jeszcze to niezamierzone pewnie nawiązanie do powiedzenia „mama ma głos”. A głosem tej mamy jest nóż. I nim rządzi.

Krasnolód czyli wrocławska manufaktura lodów. Nie ma bardziej wrocławskiego symbolu niż krasnoludek. Krasnolód, celowo przez ó z kreską, jest najbardziej wrocławską z wrocławskich lodziarni. I choć doceniam za nazwę Polish lody czy prostotę tkwiącą w nazwie Kulka (po prostu! Kulka), to w nazewnictwie lody z krasnoludkiem w logo mają pierwsze miejsce. Zresztą logo – też doskonałe. Głowa krasnoludka i wafel w jednym. Prosta kreska, dosłowność i mrugnięcie okiem w jednym.

Kocham targi staroci, klamotownie i rzeczy z trzeciej ręki. Dlatego jak zobaczyłam concept store VON SCHPARGAU zakochałam się w nim bez pamięci. Co prawda jeszcze nic tam nie kupiłam, bo zdecydowanie kocham starocie zdobywać na targach i bazarkach, ale uwielbiam za nazwę. Przedrostek Von i pisownia kpiąca z ortografii czynią ze zwykłej graciarni butik vintage.

A jak już o vintage mowa, to do zestawienia dorzucam pewnego staruszka – czyli jednego z wrocławskich nestorów foodtrackowych czyli PASIBUS. Nazwa nawiązująca do Pasibrzucha, a trochę do pasącego ludzi busa dziś jest już tak dobrze znana, rozgoszczona w naszych głowach, że nie wywołuje ciarek emocji, ale pamiętajmy, że powstała w czasach gdzie najbardziej ekstrawagancką nazwą na biznes było połączenie imienia i branży np. Edekbud.

Inną nazwą, która świetnie oddaję istotę lokalu jest Wilk syty. Wszyscy znamy to powiedzenie „Wilk syty, a owca cała”. Jak łatwo się domyślić, owca cała, to owca nie zjedzona, a owca nie zjedzona… bo knajpa wege. Błyskotliwa nazwa, dużo zdrowego dystansu i ukłon w stronę ludzi, którzy lubią się sami chwilę pogłowić.

A jak już jesteśmy przy Wilku, to mieści się on na Nadodrzu. Nadodrze jest moją ulubioną do eksplorowania dzielnicą naszego miasta. Jak tłumaczę osobom z innych miast czym jest Nadodrze, to mówię, że to taki Kreuzberg Wrocławia. I wszystko staje się jasne. Chciałabym, by kiedyś ktoś mówiąc o jakimś rewitalizowanym z sukcesem miejscu, mówił że to takie Nadodrze i żeby wszystko było jasne. A póki co powiem Wam, że na Nadodrzu wiele się dzieje i mnóstwo jest miejsc, które zachwycają. Także nazwą. Choćby kawiarnia Rozrusznik. Rozrusznik przywraca pracę serca. Kawa też. Proste i świetne.

Kręcąc się po Nadodrzu spotkacie wiele ciekawych firm. Na przykład pracownię krawiecką Róża Rozpruwacz. Gdybym nie miała dwóch lewych rąk zapisałabym się kiedyś na zajęcia i zobaczyła co można u Róży rozpruć, a co zacerować. Gra słów, nawiązanie do znanej postaci, bardzo to jest ładne i jednocześnie świetnie pasuje do szycia.

Dzisiejszą część zestawienia zamyka Chleboteka. Z kilku powodów. Chleboteka otworzyła jakiś czas temu swój drugi lokal. Mieści się na Tęczowej, w starym pofabrycznym budynku. Miejsce jest niesamowite i ma ogromny potencjał. I wydaje mi się, że Tęczowa ma szansę stać się drugim Nadodrzem tego miasta. Co prawda ucieka z tej ulicy Ekobazar (od września będzie się mieścił w Browarze Mieszczańskim na Hubskiej), ale dzięki tej inicjatywie też dane nam było odkryć, że ulica Tęczowa ma sporo do zaoferowania. Wierzę, że niedługo obok Chleboteki wyrosną inne ciekawe i ładnie nazwane firmy.
A co do samej nazwy. Kojarzy mi się z biblioteką, audioteką… Ze strawą nie tylko dla ciała. Już sama nazwa pachnie chlebem, nie mówiąc o wnętrzu piekarni.

A teraz kolej na Was – jakie wrocławskie nazwy Was zachwycają i dlaczego?

Przeczytaj więcej

  • head

    hah – dla mnie jeszcze Gluten Appetit – czyli wyroby mocno mączne, Monster Cook nawiązujący do hmm ;)… no i oczywiście na liście Zupy i Zapiekanki czyli ZZ Top… ale nie zawsze było tak dobrze i nawet w branżuni były twory takie jak Agencja Reklamowa FART co realnie było skrótem od Fotograficzna Agencja Reklamy Twórczej ale nie przeszkadzało anglosasom robić sobie fotki na tle szyldów 😉

    • Marta Soja

      Gluten Appetit mam na liście do drugiego zestawienia 🙂 Bo faktycznie nazwa w punkt. I pierogi pyszne!

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup