Mama, która nie miała zdania

8 komentarzy
Mama, która nie miała zdania

Ostatnio, z racji zbliżających się rodzinnych wydarzeń dużego kalibru (co najmniej dwie nowe sukienki, dwie pary butów, wizyta u fryzjera, kosmetyczki i manicure hybrydowy), zintensyfikowała się liczba moich wizyt w sklepach z ubraniami. Miedzy półki i regały trafiam w różnych dniach i porach, krążąc między wieszakami, macając, wciągając na siebie i z siebie zrzucając, w poszukiwaniu ideału, który będzie jak z czerwonego dywanu, a jednocześnie tak wygodny jak rozmemłana piżama i na wpół zjedzone przez psa papcie z futrem. Łatwo nie jest. Ale ponieważ wierzę w szczęśliwe zakończenia – na razie się nie poddaję.

Ukrywając się w przymierzalniach zza zasuniętych kotar podsłuchuję i obserwuję mimochodem moje towarzyszki, które też przyszły sobie kupić jakiś fatałaszek. Spodnie z dziurą na kolanie, krzyczące „mam wywalone”, albo zachowawczą sukienkę, której nie skrytykuje żadna mama, babcia ani przyszła teściowa. Różne jesteśmy w tym kupowaniu. Jedne niosą do przymierzalni tylko jedną starannie wyselekcjonowaną rzecz, inne dźwigają naręcze spódnic, spodni i bluzek choć tak naprawdę przyszły po sweter, jeszcze inne od razu niosą do przymierzalni trzy sąsiednie rozmiary, bo nie są pewne czy okrutni bogowie z sieciówek dadzą im dziś szansę wbić się w rozmiar 40, czy będzie to już, nie daj boże, 44, a potem płacz i powrót do domu pieszo,najlepiej piętnaście kilometrów w deszczu.
I kiedy stoję w tych przymierzalniach pół goła i bosa, nad wyraz często dobiega mnie taki dialog:
– Co sądzisz?
– Nie podoba mi się. Nie pasuje Ci to. To nie jest w Twoim stylu.
Nastolatki, młode dziewczyny, panie w średnim wieku, biorą z półek rzeczy, które im się podobają, zakładają je na siebie, a potem wychodzą z przymierzalni i stają przed swoim chłopakiem, narzeczonym albo mężem i pozwalają, by zdecydował, czy to co mają na sobie, jest im do twarzy.
Wsłuchują się w ten drugi głos, jakby nie były pewne co widzą w lustrze. Jakby ich osobiste – „podoba mi się” miało małą siłę rażenia i nie było wystarczająco ważnym powodem, by wydać na siebie swoje własne pieniądze.

Przywykłam, że wiele kobiet ceni sobie zdanie swoich mężczyzn w kwestii fryzury, wysokości obcasa czy doboru sukienki.
Niepokoi mnie jednak, że w ostatnim czasie często widziałam sytuacje, gdy na temat swoich wyborów mama pytała… syna. Ostatnio w jednym ze sklepów usłyszałam, jak na oko 7-8 latek krytykuje wybraną przez mamę spódnicę, którą potem ona karnie odwiesza na stojak i wychodzi.
– Nie ładna, nie podoba mi się, powinnaś mieć zieloną – stanowczo wypowiadał się dzieciak. Ja rozumiem, że część z krytykujących dziś strój mamy chłopców może wyrosnąć Versace albo inny Yves Saint Laurent ale przecież nie każda z nas musi lubić modę od Versace.

Widzę to zjawisko nie tylko w sklepach z ubraniami. Chłopcy mówią mamom jaki telefon wybrać, jakie walizki będą najlepsze.
Widzę współczesne mamy, które w mądrych książkach wyczytały, że dzieci należy traktować jak małych dorosłych. I pozwalają, by ich synowie przejęli rolę ich ojców i mężów mówiąc im co jest dla nich dobre, szczególnie w kwestiach technicznych, bo w tych jak wiadomo facet wie lepiej, bo kobiety wciąż mylą karny i spalony, a wlew paliwa z odpływem w wannie.

Żałuję, że nie pobiegłam za tą kobietą od spódnicy. Że nie wychyliłam się z przymierzalni, by zapytać:
– A pani jak się sobie podoba? Jak się pani w niej czuje? W czym czułaby się pani lepiej?
Że nie powiedziałam:
– Wyglądasz bosko! – dziewczynie, której ojciec powiedział, że sukienka, którą wybrała na studniówkę wygląda jak z bazaru.
Że nie dodałam otuchy koleżance, której chłopak po ścięciu loków, co było jej wielkim marzeniem, powiedział, że jak mogła mu to zrobić, przecież on tak lubił jej długie włosy.

Dziewczyny!
Kimkolwiek jesteście, czy obdarzyłyście się potomstwem, czy wcale nie macie tego w planach – nie dajcie sobie odebrać swojego zdania. Waszego odczuwania. Waszych emocji.
Prawa do noszenia tego, na co macie ochotę. Kupowania bluzek, które w Was wywołują motyle, nawet jeśli Wasz partner kręci na nie nosem i „on by tego nie ubrał”. Wybierania telefonu, który może wcale nie zrobi najlepszych zdjęć, o czym z wyższością przekonuje Was nastoletni syn, ale za to jest różowy i pasuje do niego etui w kształcie pączka.

Waszej wolności do samosądu o sobie. Waszej odwagi. Bądźcie dla siebie dobre. I nie pytajcie nikogo czy Wam wolno.

Fot. Pixabay/Comfreak

 

 

Przeczytaj więcej

  • Amen!

  • Boszeee jakie to prawdziwe…

  • Marta, dwie rzeczy. Po pierwsze to jest nie odbieranie. To jest oddawanie. Te kobiety chcą oddać prawo do decydowania – o prostych i tych bardziej złożonych kwestiach pewnie tez – innym. To nie zawsze muszą być mężczyźni. To może być matka, wspolpracownica, czy jakis przedstawiciel religijny. Druga rzecz. Ja jestem absolutnie za tym żeby dziecko traktować jak doroslego na pewnych wymiarach bo tylko wtedy jest w stanie nauczyć się i zrozumieć co to znaczy konsekwencja moich działań. Nie w tej groteskowej formie w której na barki młodego czlowieac daje się za dużo, ale tej która mówi „rób co chcesz ale pamiętaj że będziesz miała dzwigax efekty swoich decyzji”.

    • Marta Soja

      W tym zupełnie się zgadzam – odbieranie z przyzwoleniem. Oddawanie. Pozbywanie się ciężaru własnego zdania. Może i odpowiedzialności i konsekwencji owego zdania.

      Co do traktowania dziecka. Nie mam nic przeciwko traktowaniu potomstwa poważnie i dorośle. Nawet chyba od zawsze traktuję tak swoje dziecko.
      Zauważam jednak niestety niepokojące zjawisko – już nie tylko mężczyźni objaśniają nam świat, ale zaczynają to robić chłopcy. Bo przecież jestem małym mężczyzną, a świat mówi, że mężczyźni wiedzą lepiej. Oczywiście, że nie wszyscy, ale zaczynam to widzieć np. własnie podczas zakupów.

  • Iwona

    a co z facetami, którym żony/partnerki wybierają ubrania na zasadzie : ” w tym na pewno nie pójdziesz” albo „ta koszula jest okropna- kup tamtą”, ” no weź przestań-zapomnij- te spodnie przymierz”. Mnie zdumiewa taka pewność kobiet ( i jak widać z tekstu-mężczyzn też), że to co nam się podoba jest „jedyniewłaścwe”. Ja nie mam tej pewności, że moje wybory dla innych osób będą dla nich najlepsze. , dlatego nie narzucam nawet dzieciom co dokładnie mają na siebie założyć danego dnia ( z uwzględnieniem pogody i okoliczności oczywiście). Zdarza się, że pytam bliskich o zdanie ( natomiast teraz jak o tym myślę, to jednak sporadycznie), ale potem konfrontuję to własnym osądem i podejmuję decyzję. Tak samo zapytana wyrażam swoje zdanie na temat np ubioru męża czy dziecka, ale zawsze dodaję,ze to jest tylko moje zdanie i że to oni będą w tym chodzić i im się ma podobać oraz że nie musi nam się podobać to samo 🙂
    Często podobają mi się zupełnie inne rzeczy, niż te, które wybierają dla siebie moi bliscy, ale też muszę przyznać, że są konsekwentni i spójni w swoich wyborach i te ich wybory są „jakieś”, są ich. I to mi się u nich podoba.
    Samo pytanie o czyjeś zdanie na temat ewentualnego zakupu, czy fryzury, czy czego tam jeszcze, nie jest niczym złym- cenne są uwagi kogoś kto nas widzi inaczej, gorzej jak to cudze zdanie wymazuje nam nasze.

    • Marta Soja

      W żadnym miejscu tego tekstu nie twierdzę, że pytanie kogokolwiek o opinie jest złe.
      Chodzi mi o coś zupełnie innego – o pozwolenie, by cudze opinie i „podobamisię” były ważniejsze dla nas niż nasze własne.

      • Iwona

        i ja własnie też w żadnym nie wyczytałam, że tak twierdzisz:)

        • Marta Soja

          🙂 Wolałam wyjasnić 🙂

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup