Nie jestem niemiła, jestem skuteczna

39 komentarzy

Mam na imię Marta i nie wszyscy mnie lubią.

Możliwe, że nie lubi mnie dentystka mojego chłopaka. Zadzwoniłam parę miesięcy temu, by przyjęła go w trybie pilnym, bo odkleił Mu się aparat ortodontyczny. A kiedy pani z recepcji próbowała mnie zbyć, nie dałam się i wizyta doszła do skutku.
Chyba nie lubi mnie też pan z firmy, która konserwuje mój blok. Zadzwoniłam w pewien ulewny piątek po 22:00 i poprosiłam, by zamknęli włazy dachu, które się zablokowały i woda zalewała klatkę schodową. Nie jutro, nie za tydzień. Teraz. Tak wiem, że piątek. Tak wiem, że pada.
Być może nie lubią mnie panie w kolejce u alergologa, bo kiedy przychodzę z dzieckiem, naprawdę chcę wejść na godzinę, na którą jestem zarejestrowana i nie chcę przyjąć na spokojnie, że lekarz spóźnia się do pracy o godzinę.
I całkiem prawdopodobne, że nie lubi mnie kurier, bo nie zgodziłam się żeby paczkę z ubraniami zostawił w osiedlowym mięsnym (autentyk!). Tak, w aptece też nie. Ani dwa bloki dalej u sąsiada, którego nawet nie znam.

Urodziłam się w czasach gdy wszystko trzeba było sobie wystać albo wychodzić. Pamiętam jak stałam z mamą w kolejce po bluzki. Zostały tylko żółte. I brzydkie. Ale najważniejsze było że zostały. Załatwiłyśmy.
Dziś też sprawnie radzę sobie z załatwianiem spraw.
Ratowaniem wakacji, gdy na granicy okazuje się, że dziecko ma nieważny paszport, wywalczeniem by sąsiedzi nie wystawiali śmieci na korytarz, zorganizowaniem babci wizyty w poradni, w której najbliższy wolny termin jest na 2027 rok.

Długo myślałam o sobie, że jestem wredna. W sumie mogłabym się tak przedstawiać: Cześć, jestem Marta i nie jestem miła.
Niemiła czyli ta, która zadzwoni przypomnieć, upomnieć się, wyegzekwować. Zwróci uwagę. Nawet dwa razy. Poprosi, by przestać palić na klatce i nie robić karaoke o 3 nad ranem. By nie bić dziecka na ulicy. By nie zostawiać puszki po piwie na podłodze w autobusie. Żeby nie wpychać się bez kolejki „ja tylko po fajeczki proszę pani”, albo nie zamykać poczty przed czasem „ale przecież jest już za dziesięć ósma!”
Że zabiorę głos tam gdzie inni się boją. Albo lepiej niż ja kalkulują, że przyjdzie im zapłacić swoją fajnością.
– Weź tam zadzwoń, bo ja już nie daję rady… – To sprawa dla ciebie… – No zobacz co tu się nawyprawiało, chyba nikt już tego nie ogarnie… Nic z tym nie zrobisz?…- podpuszczają mnie nieustannie mnie bliscy i znajomi.
A ja wchodzę często w te ich sprawy i załatwiałam. Bo mogę, potrafię i chcę.

Moje „mogę” to wybuchowa mieszanka determinacji i wiedzy. Bo żeby ogarnąć nowy paszport na granicy z Chorwacją musisz wiedzieć gdzie, z kim i jak to załatwić (napiszę o tym kiedyś osobny wpis, bo jak się okazało nieważny paszport na granicy to nie jest wcale taki rzadki przypadek), a żeby wezwać skutecznie majstra do wypadającej szyby na balkonie trzeba obdzwonić długą listę podwykonawców, odbić się od kilku numerów, dowiedzieć się, że „ić pani stąd, ja się tym nie zajmuję tylko Genek, a Genek to wyjechał i nie wiadomo kiedy będzie”, wysłuchać jak to niewiele wspólnota płaci, a jak sobie rości itp. Darmowego prawnika dla koleżanki znajdziesz tylko wtedy gdy wiesz, że tacy istnieją. A jeśli chcesz żeby dzieci na podwórku przestały męczyć kota to musisz iść, wyjąć im go z rąk, a potem pójść do rodziców albo na komisariat.
Łatwiej i szybciej zamknąć oczy i wcisnąć na uszy słuchawki.
W końcu ktoś inny wyniesie śmieci sąsiadów, wytrze mopem mokre schody, albo zgłosi, że gdzieś tam pies wyje po całych nocach. Cudza sprawa.

Na zajęciach ze studentami robię taki eksperyment. Proszę żebyśmy się przedstawili. Zaczynam. Patrzę na ich pełne entuzjazmu i oczekiwania twarze i mówię cicho, że nazywam się Marta i pracuję w sklepie. W jednym momencie cała sala wstrzymuje oddech. Rozczarowanie rozsadza powietrze. Przyszli tu po ciężką wiedzę, po protipy jak robić te całe media społecznościowe i budować markę osobistą, a tu baba ze sklepu? Serio! Gdzie są organizatorzy tej farsy?! Oddawać kasę!
Potem proszę by powiedzieli coś o sobie. Często okazuje się, że jesteśmy kolegami po fachu. Też pracują w sklepach, knajpach, foodtrackach. Piszą teksty pod seo, juniorują w marketingu, albo zakładają takie tam sklepiki z doniczkami. Nie ma o czym mówić, nic ważnego.
Wtedy proponuję drugą kolejkę. Mówię, że nazywam się Marta i jestem specjalistą od komunikacji jednego z największych e-commerce w Europie. Że takie tam miliony użytkowników, transakcji, działań. Że biznes rozwija się równolegle w kilku krajach. I potem oni mówią o sobie. Od nowa. Ktoś o tym, że od 3 lat prowadzi bloga o podróżach. Ktoś inny że w wolnych chwilach projektuje rowery z ekologiczną ramą. Jeszcze ktoś, że w tym marketingu to jest odpowiedzialny za największy event w mieście.
Nikt nie kłamie, jesteśmy tymi samymi ludźmi. Zmieniły się tylko etykiety. Coś innego wpisaliśmy sobie na wizytówki.

Kiedy rozmawiam z dziewczynami i kobietami zauważam, że dużo w nas potrzeby bycia fajną. Miłą. Uczynną. Nie sprawiającą problemów. Nie ma o co mieć pretensji. Często tak nas wychowano.
Splatamy z tych dobrych cech girlandy i nosimy jak amulet. Trudno nam się z nimi rozstać. Jeszcze trudniej gdy bycie miłą na giełdzie społecznych osądów można wymienić  jedynie na niemiłą. Bezproblemową na czepialską. Dostosowaną na wredną.

Wszystko jednak to kwestia etykiet.
Kiedy załatwiam sprawę nie jestem niemiła. Jestem skuteczna.
Gdy woda przestaje zalewać korytarz – jestem skuteczna.
Gdy ktoś przestaje gnębić dziecko albo zwierze – jestem skuteczna.
Gdy lekarz przestaje przychodzić do pracy godzinę później – jestem skuteczna.
Gdy kierowca autobusu staje tak, by osoba na wózku mogła wysiąść – jestem skuteczna.

Rozmawiam z dziewczynami, które wolą być cicho, wolą nie widzieć, wolą nie słyszeć, wolą nie działać. Wolą mieć etykietę „ta cipcia” niż „ta wredna”.

Tymczasem wcale nie chodzi o to, by artykułować swoje postulaty agresywnie i głośno.
By sąsiadowi, który zastawił Twoje miejsce parkingowe od razu rzucić niecenzuralnym między oczy.
By odprowadzić za ucho do domu gówniarza, który rozbił wiatę śmietnikową.
By na lekarza, który się spóźnia wysłać skargę do NFZ-u.
Albo żądać zmiany zarządcy, bo ten obecny nie przystrzygł na czas trawnika.

Skutecznie nie znaczy wrednie. Skutecznie nie znaczy nie miło.
Skutecznie znaczy – z nakierowaniem na cel.

Chcę posprzątanego osiedla i bezpiecznej szkoły. Chcę uprzejmych kierowców w miejskiej komunikacji. Chcę by lekarz szanował czas pacjentów. A dzieci sąsiadów nie demolowały klatki schodowej.
I jestem gotowa w tym celu oddać miła za skuteczna. A Ty?

Decyzja by być skuteczną to pierwszy ważny krok. Potem przyjdzie nauka narzędzi. Jest ich cała masa. Naprawdę nie trzeba będzie kupować trutki na szczury, by gołębie przestały srać na Twój balkon. Ani wysyłać buraka, by do pana w urzędzie dotarło, że nie do końca dobrze załatwia swoje obowiązki.
Można nadal być całkiem fajną babką.

A mimo tego działać skutecznie.

ps. Tym wpisem mam nadzieję wracam  do blogowania. Wiele dzieje mi się w głowie myśli, którymi chciałabym się z Wami podzielić.

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup