Zaplanuj sobie dobry rok!

2 komentarze

Nie lubię noworocznych postanowień. Takich wciśniętych w ramę, że trzeba zacząć od 1 stycznia i skończyć do grudnia. Szczególnie, że życie matki nie biegnie kalendarzowo. Moje początki i końce częściej wiążą się z 1 września i ostatnim dniem roku szkolnego, niż z noworocznym toastem. Pełna mobilizacja przychodzi z pierwszym dzwonkiem po wakacjach lub feriach, gdy grafik całej rodziny zaczyna być dostosowany do planu lekcji i harmonogramu zajęć dodatkowych. I nieważne, że dziecko ma już prawie 16 lat. Bycie matką nastolatka nie zwalnia z zebrań, wczesnego wstawania, by wszyscy rano zdążyli do szkoły i pracy ani z tego, by od czasu do czasu  wyjść za dziecko z psem, bo własnie pojechało na wycieczkę.

Nowy rok – nowy start? 
W grudniu, który w całym handlu (czyli w mojej pracy też) jest jednym z najgorętszych okresów w roku, zwykle nie mam czasu upiec pierników, a co dopiero mówić o zamykaniu roku i podsumowaniu realizacji planów i marzeń. Wracam do tego na spokojnie w styczniu. Daję sobie miesiąc, by napisać podsumowanie, zrobić porządne planowanie i wziąć się za realizację zadań. Ma to też swoje plusy – kiedy wreszcie na początku lutego ruszam z planem, na siłowni, zajęciach językowych czy w bibliotece znowu jest luźniej, bo część noworocznych entuzjastów, właśnie ogłosiła kapitulację.

Więc jeśli przespałaś moment stawiania sobie noworocznych postanowień – zapraszam! Każdy moment jest dobry by zacząć. Jeśli nie uda Ci się teraz, to może dla Ciebie lepszy będzie początek wiosny? Dłuższe dni, cieplejsze wieczory, więcej składników z których można ugotować dodające energii dania – dla wielu osób to może być lepszy moment na start niż sam środek szaro-burej zimy.
Środek lata też jest dobry!

Lubię planować. Lubie tabelki, schematy i wykresy. Dostaję wypieków z emocji na widok harmonogramu i podziału zadań.
To zabawne, bo w niektórych kręgach uchodzę za spontaniczną i niezorganizowaną.
– Ci Twoi znajomi chyba nie widzieli nigdy Twojego kalendarza. Ty nawet weekendy planujesz w podziale na godziny. Jesteś planerową terrorystką! – puka się w głowę moja siostra i wie co mówi, ale o tym innym razem.

Pierwszy krok  – porządki
Największy postęp w ogarnianiu swojej rzeczywistości zrobiłam chyba rok temu. W sieci trafiłam na modny temat Bullet Journal. Dotąd funkcjonowałam w świecie kartek, zeszytów, kalendarzy papierowych i cyfrowych, list, aplikacji. Zbliżałam się niebezpiecznie do momentu gdy przydałaby mi się ściąga z tego, gdzie co mam zapisane. O BuJo czytałam na różnych blogach, oglądałam tutoriale na YT, śledziłam pomocne gadżety na Aliexpress. W końcu dotarło do mnie, że tym, czego potrzebuję z filozofii BuJo nie są kolorowe szablony i wzorki. Tym czego potrzebowałam najbardziej było usystematyzowanie tego, co mam. Najbardziej pomogły mi w tym wpisy o BuJo na blogu Kasi z Worqshop np. ten Czym są kolekcje, dzięki nim uporządkowałam listy planowanych zakupów, filmów, które chce zobaczyć czy moją bucket list (fajny wpis o liście  o spisywaniu, a potem wykreślaniu zrealizowanych marzeń znajdziecie u Marysi z bloga Gruszka z fartuszka). Usiadłam też z telefonem i przejrzałam zdjęcia, które zrobiłam żeby o czymś pamiętać. A to numer telefonu do szewca wywieszony na drzwiach zakładu, a to przepis na tartę z kozim serem znaleziony w gazecie podczas wizyty u kosmetyczki. Zainwestowałam (bo ja inaczej nazwać wydanie na notes sześciu dych) w pięknie kropkowany notes Leuchtturm w różowej oprawie, z numerowanymi kartkami oraz indeksem i ze stu notesów zrobił się jeden – a prawdziwym odkryciem okazał się… spis treści.
Dotąd robiąc listę czegokolwiek zostawiałam kolejne kartki na ciąg dalszy. Bo przecież kiedyś dopisze inne książki które chcę przeczytać, albo miejsca które chcę odwiedzić. Więc rosła góra zeszytów pełnych pustych stron czekających na swoje kiedyś. Teraz dzięki spisowi treści spisuję listy kartka po kartce, nie martwiąc się, że zabraknie mi miejsca, bo jak nagle mam ochotę coś dopisać, to otwieram zeszyt na pierwszej wolnej kartce i tylko w spisie treści dodaję odpowiednią pozycję np. : Lista rzeczy, które muszę zrobić przed 40-ką str. 34, 65, 73. Proste i genialne!

Porządki, to moim zdaniem, jedna z najważniejszych rzeczy w ogarnianiu rzeczywistości. Kiedyś mocno przerabiałam temat Feng Shui i w książce traktującej o tej chińskiej sztuce aranżowania przestrzeni przeczytałam, że odkurzanie to najprostszy rytuał oczyszczających energię pomieszczeń. A tym co bardzo naszej przestrzeni szkodzi są wszelkie zalegające, niepotrzebne, nielubiane i popsute rzeczy.
Chcesz poczuć nową energię – odkurz kąty i wyklaskaj narożniki domu (możesz je tez okadzić dymem szałwii, ale to już naprawdę zaawansowany poziom wtajemniczenia – ja nigdy tak daleko nie zabrnęłam).
Jeśli chcesz wkręcić się w porządki bez trudu znajdziesz mnóstwo artykułów i blogów, które Ci w tym pomogą – od książki „Sztuka sprzątania” Marie Kondo, przez poradniki „Jak mieć mniej” aż po blogi, które punkt po punkcie przeprowadzą Cię przez domowe porządki . Na przykład u Niebałaganki możesz pobrać listy, które podpowiedzą Ci jak krok po kroku zrobić porządki w całym domu. Na facebooku znajdziesz też grupy oferujące wsparcie i praktyczne rady. Nie tylko dowiesz się na nich jak usunąć trudne plamy z tapicerki, ale też czy u wszystkich tak samo często brudzą się okna (dobra wiadomość – u wszystkich, ale nie każdy zwraca na to uwagę i się tym przejmuje).
A jeśli nie czujesz się na siłach odgruzować samodzielnie domu – skorzystaj z pomocy. Do dużego sprzątania można zatrudnić ekipę (sama skorzystałam z takiego rozwiązania w grudniu, gdy straaaasznie chciałam już ubrać choinkę, a mam zasadę, że choinka musi stać w czystym domu) – osoby i firmy specjalizujące się w porządkach nie tylko zrobią to szybciej niż Ty, ale często mają też urządzenia i środki czyszczące, o których nie masz pojęcia, że istnieją.

Sprzątając dziel rzeczy na trzy kupki: zostawić, wyrzucić, oddać/sprzedać. I bądź krytyczna. Jeśli przedmiot jest zniszczony, uszkodzony, dziurawy, niekompletny albo brudny nie odkładaj go na Szlachetną Paczkę czy do oddania np. do domu samotnej matki. Okaż szacunek osobom, które są w potrzebie, ale wciąż mają godność.

Drugi krok – podsumowanie
Zaczynając nowy rok albo etap dobrze jest podsumować ten miniony. Zerknąć w tył i zobaczyć jakie były nasze cele, co się udało, co nie. Nie będę się mądrzyć w temacie, bo w internecie jest cała masa informacji jak planować i jak podsumowywać. Wystarczy zajrzeć np. na bloga Oli Budzyńskiej czyli Pani Swojego Czasu, czy Jadwigi Korzeniowskiej z bloga Laboratorium zmieniacza. Fajne podsumowanie roku znalazłam też u Blimsien pozwalające nie tylko zobaczyć jaki był mijający czas, ale też spojrzeć na swoje życie od strony duszy. Nie tylko zobaczyć zrealizowane cele, ale też ocenić czy były one spójne z głosem serca, czy przyniosły spokój i radość czy niepokój i chaos. I zobaczyć też, czy ich realizacja faktycznie dała nam poczucie życia na 100% czy tylko bycia w głównym nurcie i spełniania oczekiwań świata.
Ja w zeszłym roku sporo czasu spędziłam na łonie natury. Były i Alpy i Mazury, w tym absolutnie cudowne Camp Spa, parę dni w Gdańsku i to aż dwa razy – gdy wykluwała się wiosna i gdy jesień złociła drzewa.

Fajną formą podsumowania roku jest też Koło życia – ja znalazłam je na u Kasi z Worqshop, ale widziałam je też omówione na innych blogach, bo to popularne narzędzie coachingowe.
Podsumowanie to trampolina do planowania. Pozwala określić swój własny potencjał, poznać słabe punkty i ograniczenia. Mając ich świadomość łatwiej można stworzyć realistyczne plany na rok kolejny.

Trzeci krok – osobisty regulamin
Kiedy patrzę na swój miniony rok widzę rzeczy, które bardzo chciałam zrobić i które się nie wydarzyły. Nie dlatego, że się leniłam. W 2017 roku byłam szalenie zajęta. Naprawdę bardzo. Na urlop jechałam tak zmęczona, że pierwsze dwa popołudnia przespałam zamiast raczyć się ze znajomymi winem w ogrodzie. Moje życiowe baterie były totalnie rozładowane.
Wszystko przez to, że łapałam za ogon tysiące srok. Nie odmawiałam wystąpień, projektów, spotkań… Chciałam mieć wszystko. W tym biegu na tysiącem spraw pogubiłam wiele rzeczy, które miały być dla mnie ważne. Nie były jednak wystarczająco głośne i dopominające się uwagi więc przepadły.
Dlatego bardzo mocno trafił do mnie tekst Asi Glogazy o stworzonym przez Nią osobistym regulaminie.  Wiem, że bardzo takiego potrzebuję. Bez niego w niektórych tematach wciąż biegam jak chomik w kołowrotku – kręcę kołem przez wiele godzin, a w kluczowych dla mnie obszarach stoję w miejscu.
Tymczasem moja doba ma tyle samo godzin co doba Stevena Jobsa czy innych znanych osób. Tym co nas różni, jest fakt, że prawdopodobnie skuteczniej zarządzają swoim czasem niż ja.
A jeśli już o innych ludziach mowa, to w zeszłym roku odkryłam coś ważnego. Coś co kazało mi na nowo przyjrzeć się moim kręgom znajomych. Zauważyłam, że jeśli pragniesz zmiany, chcesz się otworzyć na nowe – to niestety, może się zdarzyć, że Twoje środowisko nie będzie na to gotowe. Ty będziesz mówić, że warto wstać rano i ćwiczyć jogę, oni, że chyba Cię powaliło i że mają nadzieję, że Ci przejdzie. Jeśli więc pragniesz zmiany – szukaj ludzi, którzy też jej pragną. Albo takich, którzy już są tam, gdzie chcesz dojść. Tych, którzy pociągną Cię do przodu, zmotywują, albo powiedzą’ „nie tym razem to następnym, próbuj dalej”.

Czwarty krok – pisz pamiętnik!
Jeśli z ubiegłego roku mogłabym przenieść na ten tylko jedną rzecz – byłoby to prowadzenie dziennika. Serio. 
Dwa lata temu byłam na wakacjach z koleżanką, która jest nauczycielką Montesorii. Co kilka dni siadała w promieniach słońca, z grubym zeszytem,  kolorowymi długopisami i zapisywała kolejne kartki. Podobnie robiła jej dziesięcioletnia córka. Agnieszka wytłumaczyła mi, że prowadzi dziennik, bo chce pokazać rodzicom uczniów jak wspaniałą metodą na utrwalanie rodzinnych wspomnień jest zapisywanie wyjątkowych chwil. Ale czy mogła by ich zmotywować i zachęcić opowiadając im o tym? Dlatego sama postanowiła taki dziennik przygotować i potem pokazać go na zebraniu. Pozwoliła mi zajrzeć do swojego – był jak magiczna księga. Wklejała tam bilety z odwiedzanych muzeów, pocztówki, zdjęcia, zapisywała sny, smaki zjedzonych lodów, szkicowała poznawane miejsca.
Zakochałam się w jej dzienniku i pomyślałam, że chciałabym taki prowadzić. Po powrocie z urlopu kupiłam parę pięknych zeszytów (TK MAXX jest pod tym względem niezastąpiony – mają szeroki wybór notesów, notesików, często pojedyncze egzemplarze) i… utknęłam.
Zapominałam, że coś mam zapisać, nie widziałam czy te notki mają być długie, czy krótkie, codzienne, czy co kilka dni. I tak mój dziennik umarł.
Objawienie przyszło wraz z tekstem Kasi z bloga Zapętlone 364 dni nie-urodzin – Kasia opisuje w nim jak zainspirowana Alicją po Drugiej Stronie Lustra postanowiła świętować swoje nieurodziny. I to aż 364 razy w roku. I że każdego dnia zaczęła zapisywać 3 dobre rzeczy, które ją spotkały. Tego własnie mi brakowało. Planu! Postanowiłam codziennie zapisywać 3 warte uwagi rzeczy, które mnie spotkały, dotknęły, które zauważyłam.
I tak, całkiem przypadkiem i całkiem pobocznie, rozpoczęła się moja niezwykła przygoda z uważnością. Prowadzę dziennik w miarę regularnie od prawie roku. Zapisuję w nim ciekawe zdarzenia, wklejam screeny fajnych rozmów z FB, zdjęcia, bilety wstępu, suszone kwiaty z miejsc, które odwiedziłam. Magiczną liczbą jest dla mnie trójka. Staram się by każdego dnia znaleźć choć tyle wartych odnotowania momentów. Czasami są to naprawdę rzeczy, które dla innych są pierdołą – maciupeńki ślimak mniejszy od paznokcia spotkany na spacerze, rząd zielonych świateł gdy muszę przejść jedna po drugiej cztery ulice. Odcisk łap mojego psa na mokrym piasku. Mam wrażenie, że moje zmysły się wyostrzyły. Nagle włączył się we mnie czujnik, który dostrzega kolorowe niebo o poranku, albo czyjś życzliwy uśmiech w autobusie. Zapisałam jeden gruby zeszyt. Jestem w 1/3 kolejnego.

Czasem gdy siadam wieczorem do pisania nachodzi mnie myśl – eee a może to głupie? Po co to wszystko? I wtedy sięgam do pierwszego zeszytu i przypominam sobie chwile, o których na pewno już bym zapomniała – na przykład ten surrealistyczny widok na wrocławskim rynku, gdy wyszłam o zmierzchu od fryzjera, a gość sprzedający ruchome maskotki puścił koło pręgierza jakieś 20 skaczących królików. Króliki skrzypiały mechaniczne, a ich czerwone oczy świeciły w ciemności. To naprawdę było hipnotyzujące.
Notuję też w dzienniku rzeczy, za które jestem wdzięczna.

Piąty krok – podziękuj sobie
A właśnie jeśli o wdzięczności mowa to wchodząc w nowy rok warto podziękować sobie za rok miniony. Niezależnie od tego jaki był. Być może był rok spełnionych marzeń, a może przeciwnie, rok w którym wiele planów trzeba było przesunąć na później, albo całkiem z nich zrezygnować. Ale przecież każdego dnia podnosiłam się, otrzepywałam koronę i stawałam do walki. Albo odpuszczałam, bo czasem nie było motywacji i mocy. Czasem było do śmiechu, a czasem tylko do płaczu. Były dni gdy rano wyskakiwało się z łóżka jak z procy takie, gdy zebranie wszystkich sił wystarczyło tylko na to, by odkryć kołdrę.
Nie ważne. Podziękuj sobie za doświadczenie, które razem z tym przyszło. Za przyjaciół. Za kubki ciepłej herbaty. Za to, że częściej było co włożyć do garnka niż nie było.
Wierzę w magię. Wierzę, że dobre przyciąga dobre. I że jeśli chcesz więcej trzeba docenić to, co się ma.
Myślę, że w sporej części sami kreujemy to, co nas spotyka. Że wzmacniamy dobro, albo przeciwnie, nakręcamy się tym co złe, smutne, nieudane.
Dlatego staram się praktykować pozytywne wzmocnienie. W wielu książkach piszą: stań przed lustrem, popatrz sobie w oczy i powiedź: kocham Cię, jesteś piękna, mądra itp. Szczerze mówiąc to na mnie nie do końca działa. Rano jestem często wymemłana, a moje oczy krzyczą: „spać, chcemy spać, nie jesteś ładna, jesteś małą francą, która ma nas natychmiast odprowadzić do łóżka i pozwolić nam się zamknąć”.
Natomiast przeczytałam kiedyś świetny tekst na blogu Zdrowa Dusza. Teraz gdy przytrafia mi się coś dobrego, gdy sprawy idą po mojej myśli, gdy dostaję dar od losu, zatrzymuję się na chwilę, pozwalam, by zalała mnie totalna radość i buduje w sobie poczucie, że: „świat mi sprzyja”. Chcę, by w moim mózgu wykształciło się mocne przekonanie, że tak jest. Nowe połączenie neuronowe poparte dowodami i wdzięcznością.

Szósty krok – napisz do siebie list
Bardzo lubię ten wpis Segritty. Uchwyciła w nim życie o którym marzy wielu z nas. Życie w bliskości z naturą i bliskimi ludźmi. W spokoju, bez presji i pośpiechu. W rytmie przyrody i pór roku. Napisała o życiu jakie chce mieć za kilka lat. A Ty już wiesz, jak chcesz by wyglądało Twoje życie za lat 5, 10? O czym marzysz? Gdzie chcesz mieszkać? Z kim się spotykać? Jak spędzać dzień? Na czym skupiać uwagę?
Przyznam szczerze, że ja nie sięgam myślami tak daleko. To znaczy mam ogólny zarys, ale brak w nim szczegółów, smaczków… Ale w styczniu 2017 postanowiłam napisać do siebie list. List z grudnia 2017. Opisałam w nim co robiłam przez cały rok, jakie marzenia zrealizowałam, jak się czuję, co ważnego się wydarzyło. Pisałam o sobie i bliskich mi ludziach.
Przez cały rok zaglądałam do niego. Czytałam całość albo fragmenty. Mobilizował mnie. Pisałam w nim na przykład jak bardzo jestem dumna z tego, że wzięłam udział w swoim pierwszym publicznym biegu. I że poszliśmy potem świętować do restauracji mojej koleżanki.
Faktycznie w grudniu wystartowałam w Biegu Mikołajów. Nie przebiegłam jednak całego dystansu, który zakładałam, a jedynie dwa, z możliwych do przebiegnięcia 5. kółek. I nie poszłam po biegu świętować. Okazało się, że 5 km w mrozie pozbawiło mnie czucia w mięśniach i jedyne co mogłam zrobić to dowlec się do łóżka, dziękując bogu za to, że psy i kaloryfery są takie ciepłe. No i nie mogliśmy świętować w restauracji u Agaty, bo w międzyczasie zmieniła pracę. Ale to nic.
List napisany w styczniu do siebie samej był moją nawigacją w trudnych momentach. Gdy chciałam odpuścić treningi na siłowni czytałam sobie, jak mocno będę wdzięczna sobie w grudniu za to, że to robiłam. Pomagało.

Siódmy krok – zacznij
Niezależnie ile kroków chcesz zrobić – trzeba będzie zrobić ten pierwszy. Być może wcale nie będą to porządki, a codzienne szukanie powodów do wdzięczności. A może spontaniczne napisanie listu od siebie z przyszłości. Albo dodanie tego wpisu do Pocketa i powrót do niego wiosną, gdy będziesz mieć więcej energii i ochoty do zmiany.
Cokolwiek planujesz – trzymam za Ciebie kciuki. Ty możesz trzymać za mnie – postanowiłam zacząć i skończyć kurs Zrób to dziś, który kupiłam w zeszłym roku i zaplanowałam parę dużych projektów zawodowych. Nie przestanę też być zaangażowaną matką nastolatka, choć z roku na rok nastoletnia materia mocno próbuje mi to angażowanie się utrudniać 😉

I mam nadzieję, że kiedy spotkamy się w grudniu (albo styczniu, a może nawet za rok wiosną) powiesz mi, że zaplanowałaś sobie dobry rok i… że taki własnie był.
I że mój też!

Przeczytaj więcej

  • Ania Materka

    Marta! Ten tekst to jakaś bomba atomowa inspiracji! Dziękuję 🙂

    • Marta Soja

      Dzięki Ania 🙂

Polub blog na Facebooku!

Powered by WordPress Popup